dla telefonu Samsung
Kod: X3335690NUV
Aby otrzymać mms - wyślij sms o treści X3335690NUV pod numer 7428
Aby wysłać do znajomego: Wyślij sms o treści +48xxxxxxxxx:X3335690NUV na numer 7428
Cena SMSa wynosi 4 pln (4.88 pln z VAT).

Usługa mms dostępna na telefony Samsung: ZV60, ZV40, ZV30, ZV10, ZM60, Z720, Z630, Z560, Z540, Z510, Z500, Z400, Z370, Z330, Z300, Z240, Z230, Z220, Z170, Z150, Z140, Z130, Z110, Z107, Z105, Z100, X830, X820, X800, X700, X680, X660, X640, X630, X620, X610, X600, X540, X530, X497, X481, X480, X475, X460, X450, X210, X200, X160, X140, X120, X100, V200, S500i, P920, P910, P900, P730, P510, P408, P400, P207, P200, L760, J600, I750, I300, E880, E870, E850, E820, E810, E808, E800, E790, E780, E740, E720, E715, E710, E700, E690, E638, E635, E630, E610, E600, E570, E510, E500, E490, E420, E390, E380, E370, E350, E335, E330, E315, E310, E300, E250, E210, E200, D900, D840, D830, D807, D800, D600, D510, D508, D500, D415, D410, C200, C130,
Powered by Wapster.pl Reklamacje: wapster@wapster.pl | Aby skorzystać z tej usługi musisz mieć skonfigurowany telefon do połączeń z WAP.
Wierszyk...
I Czy znasz ten kraj pod soplami sczerniaůych gorŕcych gromnic skrzypiŕcy dawniej ýywicŕ - dzisiaj bůonami skrzydeů nietoperzy ogromnych. Czy znasz ten kraj, gdzie úcieýkami westchnień půynŕ nieýywe kwiaty zwćglone i koúci zwierzŕt ůŕkowych i leúnych. Gdzie půaski wypasaů krajobraz stulone uúmiechy wiosek i kwitůy důugo przy ustach ůŕki ůagodne jak flety – schodzŕ do jezior z siarki i wćgla lasy brzozowe. Stanćůy w martwym powietrzu gůosy psalmistów letnich kiedy czerwony tulipan ze strzechy wyrósů drzemiŕcej i roniů půatki gorŕce. Miasta pogićte jak muszle na czarnoziemnych wybrzeýach, w których sić echo strzćpiaste wylewa pod strumień wiatru - oto latarnie uliczne w úlimaki skrćcone leýŕ i wieýe ciekŕ ku ziemi w ceglasty zimny stalaktyt. Marszczy sić skóra globu, lasami zapada i pćka, w szczelinach grzmoty podziemne niebo kaleczŕ niskie, ziewajŕ krwiste zachody przy ziemi rozwartym pyskiem i czarne sůońce zmalaůo do ksztaůtu serca czůowieka. Ryby na rzekach z fioletu wypůywajŕ brzuchami do góry, jawiŕ sić niebem obcym geometryczne stygmaty, a to zapowiedę zůowieszcza, bo u serca dzwonów wiszŕ juý nietoperze i znaki z morowego powietrza jak obůoki wćdrujŕ nad úwiatem. Ptaki nie znane nikomu po důugich roúlinach úwistu spadajŕ w důonie ůun jak w sieci listków. Jabůko ziemi bůŕdzŕce w zdwojonych mocnych obrotach o obrćcz blasku ociera sypkŕ sosnowŕ sierúă. Rwie sić niebieski bulgot i pustkć zůŕ ustokrotnia, pustkć o wnćtrzu půomienia. W půomieniu wklćsůym i szklanym mówiŕ - úmieră. Przymknićte oczy poýarów, spod których ůzy jak katedry – ůzy wyúcieůane wrzosami mićkkie i dziwnie ciche – a sŕ to farby ýaůobne rozůoýone w skrzydůach motyli, a sŕ to dęwićki bolesnej muzyki. Pada úmiertelny deszcz z gromnic wysokich, bezpańskie zwierzćta straszŕ mićdzy nocŕ a dniem , úlepnŕ Ęrenice ludzi pod cićciem puchowej lotki ptaków niebieskich przemienionych w zůe. A domy ůamiŕ sić lekko, domy, w których zamieszkaů czůowiek naszeptujŕcy do kopców cmentarnych u granic. Ludzie o twarzach z wosku i oczach ůagodnej ůani czekajŕ na gaůŕzkć oliwnŕ, a moýe na gaůŕzkć zwykůego úpiewu. Skůćbiona puchnie darń, skwierczŕ rozwiane knoty gromnic, noce wtulone w skrzydůa nietoperzy ogromnych koůyszŕ kraj. Ten kraj. II. PIEÚŃ MIMOWOLNA Wůaúnie mnie ciemnoúă wydaůa nogom, u których po pićă palców wćszŕcych boleúnie. Jednym podstćpnym ukůuciem usta rozdarůa i mózg mój w biaůe zmieniůa skiby, w których sić noc przewala zćbata, úciúnićta jak pićúă. A zanim goůŕb mnie odbiegů i gaůŕę wydarli mi ludzie z důoni szerokiej jak taca, abym pozostaů szczćúliwy wúród nich - tlŕcy na cienkiej ůodydze jak lilipuci instrument urzeků mnie ptasi skrzyp. Nigdy nie byůo ůaskawiej. Mŕciůem spokój rzeczy ciaůem czystym jak kreda, gůowć dęwigaůem jak koúcióů, odlot drzew ýegnaůem co dzień nadrzeczny, liczyůem wypluski ryb na piasku cićýkim od oúci. Dzwony chůodziůy mi szyjć weselne albo ýaůobne, a od tego dzwonienia las z wosku na oůtarzach w lusterku trzymanych przez úwićtych nad gůowŕ moýe dla mnie powtarzaů, moýe dla cienia mego, który byů w faůdach mej skóry biaůej, ýe powalony w wůasnych krzakach ýyů zrzucć swe ciaůo. Cóý, potem niebo mi obce bůyskajŕc krawćdziŕ gromu zeszůo po listku, na którym haft – I wzywaůem donoúnym gůosem, obok szatan o rogach zůoconych: Ach, zatrzymaj mi, ach, zatrzymaj bieg niebieskich lat! Przypůyw ksićýyca prowadziů. Wciŕý na wieýach ludzie w wieczór ýaůosnymi jćzykami odczytywali gwiazdy, a gniew paliů im wůosy w nieůadzie, bo powietrze gorŕce od przeczuă tuliůo sić maůe do pićt. Sen mój byů ýóůty i straszyů twarzŕ jak Tatar: Przyszůy wielkie obůoki schylone nad ziemiŕ pćdzŕcŕ jak úwiatůo, jak chrust půonćůo ýelazo i beton bojowych maszyn, mosty skakaůy jak owce przez niebo wtopione w Wisůć, wydćůy kamienne dziewczyny usta spragnione pokarmu i w dzbany parków jak mleko wlewaů sić ogień i marmur. Na próýno czůowiek z ůbem sćpa rćkŕ zakwitaů jak laurem; schodziůby w ziemić latarnie wciŕý parskajŕce, za nimi wróble z ponurym wyciem, goůćbie z půaczem wprost ludzkim i byůo biaůo od planet i mroęno niczym od zimy. Z gromnicy wysokiej jak sosna wyszedů z pćtlicŕ na krtani Traugutt i wargŕ poruszaů, gestem tůumaczyă chciaů; ůamaů sić werbel pod krokiem, a on peůen cichego kochania wzrokiem pytaů: Czy znasz tej kraj... Nagůy jaszczur w smolistej ůusce wypadů z nory pod Mćkŕ Pańskŕ i zanuciů dziecićciu jak listek - a tym dzieckiem pewnie byůem ja – o jeziorze, gdzie kŕpaů sić w blasku, peůnym siarki, fioletu i darni – A wciŕý noce wtulone w ogromne Skrzydůa – koůysaůy kraj. Ten kraj. Dalej... sen mnie z nóg zrzuciů... Wracaůem, gdzie dym jak pies leýaů przed kaýdym wschodem ksićýyca. - O mieúcie mówili, ýe wielkie, o wieýy, ýe jest potćýna Tam patrzŕc na lot jej zazdroúnie znowu zaczŕůem swój gůos wysilaă niby cićciwć - obok zůocony szatan: Ach, jeúli nie latom niebieskim - to pozwól mojej můodoúci, aby przez ciaůo przebrnćůa i twardŕ zćbatŕ noc! Wiecznoúă siedzŕca za nami ziewaůa szczćkŕ czerwonŕ, maůy anioů po sznurze schodziů ku mojej pomocy, po pićă palców u stopy ciŕgle boleúnie wćszŕcych spoczćůo wreszcie. Byů dzień, w którym przy mićsie ofiarnym Kain ugodziů brata, wićc kipiaů weůnisty step w gwiazdach lecŕcych na póůnoc. Wtedy ostroýnie mi zdjćto gůowć, przykryto caůunem i gaůŕę wyrosůa w mej rćce, a z niŕ boskoúci mej zapach. III. PIEÚŃ OSTATECZNA Strzaskaůeú kroplami gůuchymi jak můot kuty w powietrzu sarkofag, gdziem leýaů w kwietnym puchu czekajŕcy na nowŕ noc, kiedy twe rćce spocznŕ na chlebie i koszach. Wielekroă gwiazdy stawaůy nad ciemnŕ równinŕ, mowa splŕtanych kopyt dudniůa w ůozach i wierzbach, gdy úpiŕca rzesza nad wodŕ woůaůa: gůód! Szalaůy krowy zdziczaůe o ciemnoúă druzgocŕc szyje, wychodziů z lasu pasiasty tygrys do ognisk i sprćýaů mićúnie do skoku. Chůód budziů leýŕcych - rćce wznosili po trzykroă i oczy, woůali: przybŕdę! i trawŕ sypali ýaůobnie wůosy i budowali z kamienia oůtarze polne naprćdce. Nie byůo kresu tym czasom. Tyú spaů gůowć rzuciwszy na wiosůo, gdy zaczŕů buntowaă sić půomień, woda i blade powietrze. Lataůy ciaůa ýyjŕcych, koúci ich cienkie i ýóůte, raczej podobne sůomie. Zatapiaů dziŕsůa zsiniaůe w pierú córki úmiejŕcy sić ojciec i kapůan kryjomo z kielicha krew Twŕ do ust suchych laů. Juý woda spijaůa ziemić, juý wodć pochůaniaů ogień i ogień ginŕů w powietrzu -ja ciŕgle leýaůem jak martwy, czujŕc na zimnych policzkach dotyk ýywioůów trzech. Wŕý poparzony sić przywlóků, ciaůem bezsilnym mi nogi okrćciů... Ufaůem - oto zbudujesz mi arkć i weęmiesz na niŕ zwierzćta, tylko zostawisz mój grzech. Potem mi ziarno przez ptaka przeúlesz - i wůoýć w doniczkć – Siedem ogromnych nocy i siedem ogromnych dni bćdzie kieůkowaă, aý wreszcie z nowego wyczytam zodiaku, ýe wolna ziemia mnie czeka, spokojne ýywioůy wszystkie. Nie byůo tak. Juý sam jeden leýaůem i czuůem me oczy topiŕce sić gůćbiej i gůćbiej w twarzy zlepionej z wosku; dogasaů ogień na studniach, woda walczyůa z lewej, a z prawej kapaů bezdęwićcznie w ůuk przechylony nieboskůon. Próýnia zdůawiůa juý dawno wćýa u moich nóg. Twardniaůy w kamień korzenie mchów, tataraków i lilii, w uszach mych pćd posćpny warczaů, ůagodnie spadaůa ziemia, ksićýyc sić w tyle przechyliů i sůońca leciaůa tarcza czarna na póů. Jeszcze wierzyůem: wyúlesz ůuk tćczy, gdy zbudziă sić zdoůasz – lecz Tyú spaů - a u wiosůa niespokojny tůum Twoich anioůów. Wićc nadziejć ýegnajŕc z warg zwaliůem szeptem, który ogromnym woůaniem sić rozlegů i deptaů gwiazdy bůćdnie wiszŕce nad kolumnadŕ kosmicznych bram: Nie zůamaůeú mej mocy – Jestem sam! IV. SEN DRUGI Biskup w ornacie tajemniczych szelestów peůnym gůoúno úpiewaů litanie i úwieciů aksamitnym obuwiem, szůy za nim ulubione dwie hieny i úwiecŕce jak talerze dwa ýóůwie. Chůopcy biegli za orszakiem tym, jak za cygańskim wozem, chcieli ujrzeă pierúcień biskupi, gdzie půyn cudowny - bo z krwi - bulgotaů, ale juý kobiet pisk zmysůowy odrzuciů ich na stronć: to Dionizos rwaů grona na půotach. Na rogatkach - tam fryzjer i rzeęnik mówili o czasach zjawiajŕcych sić im we únie: zůe byůy - a przeýyje, kto wierzy, kto nie wierzy - nie wypije i nie zje. A wierzyůa staruszka, której juý wiele kanarków w klatce zmarůo. Ostatni miaů cićýkie konanie, modliůa sić nawet za tć duszć maůŕ, ale najczćúciej skůadaůa rćce mićkkie jak wůóczka i prosiůa: Panie, niech wnuk mój zostanie ksićdzem. I zostaů. Panny w tiulach nad nim niosůy baldachim jak pierzyna pyszny, aý z zazdroúciŕ patrzaůa nieůadnŕ můoda ýona z ulicy najbliýszej. Wiele prawdy znaů fryzjer i rzeęnik. Do studenta alchemii, gdzie dzwonek byů nad drzwiami rzeębiony jak szyszka przychodziůy Erynie tlenione, by na czole mu gorzko napisaă: Masz pamićtaă, bo taki jest rozkaz - w snach go czytaů i fryzjer, i rzeęnik – ten przeýyje na ziemi - kto wierzy, kto nie wierzy - nie wypije i nie zje. Pluskaůy karuzele, ůodzie na důugich linach mŕciůy úmiech - lecz w tym úmiechu szatan umywaů rćce, jeszcze wodć po nich przeklinaů i ýaůoúnie půakaů jak dziecko. Poznaů go biskup srogi i powiekŕ obwisůŕ skinŕů, peůen chrzćstu srebra i haftu przystanŕů przed nim jak wizjŕ, wzrok do nieba podniósů: Ukrzyýuj! Wielkim gůosem potrzŕsaů jak grzywŕ. Wypćdzony wićc z miasta jak z raju wziŕů mnie mocno za przegub důoni i na górć wysokŕ zaniósů. Kiedy mi z gliny lepiů chleb i daremnie skrćcaů bicze z piasku, jak najsmutniej mi w oczy popatrzyů i palcami jak dzwonki u sań wskazaů nisko i spytaů: chůopaczku, czy znasz ten kraj? Ten kraj? - Tam stodoůy chude, nocŕ wozu skrzyp i Chrystusik kulawy przy szybie, a za szybŕ juý gromnice trzy i milczenie ýyzne. Tam wilgotny i půytki na důoń dóů dla ciaůa rozgrzanego poůudniem, sůońce nawet wŕtůe jak kůos i chleb trudny, Jeszcze gorzej bćdzie, gdy ýebra stodóů wyschnŕ, wyparujŕ studnie, przyjdzie mór - przyjdŕ ludzie w zůych heůmach... A tu spójrz: chociaý góra bezludna sŕ fontanny i zamki na lodzie, kwiatów zagon, owoce kuliste i jak tam - karuzele i ůodzie i jak tam - szaů, zabawa i gwizdy. Ýe nieludzkie, to nic - tamci kiedyú przestanŕ i niejeden sić skusi... bćdzie raęniej ci wówczas, patrz - Erynia, ma córka jak muzyka co rano zbudzi lokiem grajŕcym, ucaůuje cić w usta. Bćdziesz synem mym. Staroúă cićýka dla mnie. Zůy biskup, który ýóůwie i hieny jak psy wodzi z orszakiem kazaů odejúă mi z miasta, gdzie ukryty sić bůyska grom i wkrótce przeleci po ýyjŕcych i martwych. Jakýe rozeznasz wtedy mgůy mićdzy nocŕ a dniem? Tu tylko bćdzie wiadome - komu pozostaă dane; niemowlćta zrodzone potůucze popióů z marmuru i kamień, ciebie? - Ciebie poýegna, rozniesie jak pianć przelot ptaków niebieskich przemienionych w zůe. V. HYMN DO ÚWIATŮA Gotowe sŕ mury miasta. Czekajŕ ciemne katedry, domy rozpusty i place, na których bůćdni prorocy úcieýki prostujŕ twoje. Tramwaj juý wćszy w ulicy, kina szalejŕ prćdzej i rzemyk rozplata wodzowi bohater wúród krzyków miůosnych. Z trŕb zachůannie szerokich wydmuchujŕ orkiestry noc gůćbokŕ i lamp spokojnych tůo. Gotowe sŕ mury Jerycha. Na miasto ubogie w przestrzeń, nim sić powietrze rozszerzy w wiecznoúă nadmiernŕ - zstŕp. Zstŕp na miasto ubogie w ogrody, nim padnie wapno z kwiatów i nieúwiadomych budynków, nim szelest snu nie zasypie woůania czůowieka o dni powietrza,0gnia i gůodu. Oto sůyszć niepokój pomników: Kopernik wpatrzony w gwiazdć twarz zakryů cieniem koúcioůa, z nocy wychodzŕ kolumny zbrojne. Ich marsz chwieje drzewami úlepymi i úpiew důugi idzie za nimi: Hej, dziewczyno ma, czy znasz ten kraj? Gotowe sŕ mury miasta. Ulepiůem juý trudny mój sen w pustej nocy czekajŕcy na szmer promienia od gwiazdy sůonecznej. I zanurzony po usta w niej sůyszć w krwi mej szyderczŕ wiecznoúă. Zstŕp na gůowy bluęniŕce, zanim grom po trumnach nie przeleciaů jak wóz i niezdarnemu na zimnym posůaniu woůaă daj: - Oto biskup monstrancjŕ úwieci, szatan z miasta ucieka, a za nim idzie ůuna nad ciemny kraj. Wićc jesteú! VI. TREN NA ÚMIERŻ SIOSTRY Jest nade mnŕ migotanie witraýy. Dymiŕ ksiŕýki důoniom leniwym, kolorowe, soczyste pejzaýe wyciekajŕ jak senna oliwa. Wyýej cień mój godzinć wydzwania. Úciana půynie prosta jak struna – bćdzie pieúń moýe gorzka i trudna, ale peůna smutnego kochania: Gdzieú, woskowa panienko, gdzieú mi sić podziaůa? Ach, niedobre, niedobre ýelazo Odebraůo ruchliwoúă twym rćkom i jćzyczek jak listek porwaůo. I kosteczki o szpiku mićkkim wyůamaůo bez trudu jak sůomkć; a nie pójdzie z powagŕ i wdzićkiem konik z tobŕ ubrany w ýaůobć. Nie opadnŕ na deski z hukiem Krople úwićte, wonne i lekkie i nie przyjmie posůanie smutne w ciepůŕ trawć - nieúmiaůej trumienki. Cacy, cacy, siostrzyczko snów – w úrodku miasta na skwerze pustym zimny, půytki na důoń-ci dóů dadzŕ - oczom otwartym i ustom. Ileý sůońc sić przetoczy nad tobŕ, ileý rzek sić wyleje naraz, zanim cisza przystanie jak obůok nad ulicŕ úwićtego Ůazarza. A mówili: przeýyje, kto wierzy, kto nie wierzy, nie wypije i nie zje. Úpiŕ zuchwali na szczŕtkach orćýa, mićdzy nimi i fryzjer, i rzeęnik. Niechaj martwi ufajŕ ýywym: kto nie wierzy - wszak takýe utonie, Ojca twojego powiozŕ na Sybir, matkć zgwaůci - siostrzyczko - zůy ýoůnierz. Nie pocieszyă twych rzćs, pod którymi teraz piasku dusznego nadmiar, a úpiewaůaú: wielbůŕdy w pustyni po dwa serca noszŕ w swych garbach. Jak powiedzieă ci peůniej i smutniej o nizinie, gdzie půomień staů – Po twych deskach uderza jak w lutnić ziemia nocŕ ogromna i pyta: czy znasz ten kraj? Zna go szatan i szeptaů z tajemnic... gůos mu drýaů delikatny jak pióro. O siostrzyczko mych snów po co wićcej ci wiedzieă – Ty wybraůaú dolinć, a mnie kaýŕ górŕ znów. VII. ZWIASTOWANIE, CZYLI SEN PROROCZY Kogut grzebieniem z korali nad mŕ twarzŕ důugŕ chwilć potrzŕsaů, potem rzeků: jestem tutaj przysůany, by cić zbudziă i zabraă w niebiosa. Potem dziobem gaůŕę przeůamaů, boskoúă mojŕ skrzydůem rozwiaů rozlegůym i napeůniů kosmiczne bramy pianiem wielkim i pićknym, Obok nas, tam gdzie plaski wypasaů krajobraz stulone uúmiechy wiosek – schodziůy ku drogom modre krowy, cielćta i owce Úliwy, jabůonie i grusze biůy w sadach o ziemić mocno i melodie przystawaůy pastusze mićdzy zmierzchem razowym a nocŕ. Po krawćdzi wysokiej szedů ceglasty pociŕg o koůach wysokich, úlizgaů sić most, toczyů sić szept i jak ůokcie lataůy tůoki. Wtedy szeptem prosiůem: zostaw na to granie, na tć spokojnoúă... Zstŕpiů szatan niedosůyszalnie, bo boso, i do lćku mojego podszedů, dotknŕů skroni i wyrzeků: chůopcze, jeszcze bćdzie dana ci wolnoúă. * Wůaúnie mnie ciemnoúă wydaůa nogom, u których po pićă palców wćszŕcych boleúnie. Zaczŕůem skarýyă sić jćzykiem, gdy mózg mój napeůniů jak miedę szelest nagůy: to matka - w sukni huczŕcej na klćcznik spadůa jak ăma. Důonie rozwiaůa jak szarfy, a uúmiech blady byů, gdy dęwićkiem trŕcaůa powietrze rozkoůysane jej zejúciem: Synu mój - uwierz w sny – wielkŕ prawdć znaů fryzjer i rzeęnik: Ten przeýyje na ziemi, kto wierzy, i kto důoniom wůasnym zaufa, kto nie wierzy, nie wypije i nie zje, a zapůaci mu pustka i cisza. Kochaj půomień, który niweczy i twŕ ziemić przepala jak kůadkć, tak sić zrodziů pochmurny i mćski bohater. Kochaj pocisk z niedobrego kruszcu, gdy nad wůosem ci leci prosty: niejednego on przecieý nauczyů miůoúci. I czůowieka, w którego godzisz mruýŕc oko pod blask broni siny, on nauczyů boleúnie twŕ můodoúă ojczyzny. Synu mój, uwierz w sny: po raz wtóry zapieje kogut, a nad miastem proszŕcym o úwiatůo koral ůuny zeúle wam Ten Który w důoniach i wodć, i ogień sprawiedliwie waýy na dzień... ale wićcej mówiă nie mogć. VIII. PIEÚŃ WIOSENNA Kora obrasta pnie. Dęwiga sić kůos i powój, ptaki prowadzŕ swe maůe, kret wychodzi na úwiatůo, muzyka chmur nad domem wisi w gronach soczyúcie i ůatwo. Juý ogrodnik zgiŕů sić jak most, koń paruje liczŕcy skiby, pćka gaůŕę i leje sić sok nad ýywym i nieýywym. Deszcz wywodzi roúlinne ksztaůty z szeptu ziaren i owadów chrzćstu, i na wietrze faluje las. Z wody úcieka znuýony statek, jest jak rćka peůna szelestu poůoýona úlepo na czas. Idŕ dymy z kominów. W nich drýy nieúmiaůe powietrze niebieskie: grom zaszczekaů wysoko nad rzekŕ, bůyskawice obnaýyůy kůy nad pobitym i nad zwycićskim. Trawa przewierca kamień, asfalt sić marszczy na palcach, korzeń roúlinny unosi půytć ulicznŕ i deskć, krzak kartofla zakwita na ulicy úwićtego Ůazarza – úpij, wŕtůa, úpij, mćski. Zwalone sŕ mury Jerycha. Pogićta broń jak szkůo przebůyska w ruinach. Zůomek ksićýyca w oknie, po twarzy cień nietoperzy. Gdzie pójdziesz - ciemnoúă cić dotknie, daremnie woůasz znów: zstŕp! Lepiej mćýnemu: úpij, mćýny. Podziemna fala teý pluszcze. Krzyý sić bezradnie poruszyů i rćka wynurza sić biaůa, palce wskazujŕ na sŕd; a pod nocŕ zwierzćcŕ i ludzkŕ úwiecŕ czaszki toczone jak lustra – koúă czůowiecza opada na dno. IX. NAWRÓT WŔTKU Szatan muzyczny piszczel palcami przy ustach rozdzwoniů , koůysaůy sić ýebra jak liúcie, chwiaů sić zŕb wyůamany i goleń. Robak drobnymi wŕsami poruszaů i po czaszce wćdrowaů jak globie, uúmiechaůy sić oczy i usta mej siostrzyczki w trumience obůej. Jeszcze raz, tylko raz hejnaů bajkć zanuci – kaýda koúă bćdzie graă, kaýda trawa i korzeń: ... jechaů pićkny przez sosnowe morze w nikůej ůódce pod blask. Wićc i inne okrćty - wszystkie z listków i jagód. Cicho ptaki ze smutku půakaůy, bo na zawsze, bo nie wrócŕ, gdy odjadŕ pod ýaglami z koniczyny i malin. Nuciů pićkny, a usta miaů modre: kajet rzuă, za mnŕ chodę, to karocć ci zbudujć i otulć w chorŕgiew i dam welon czarny jak noc... Dudniů flet i organy w kaplicy wyciŕgaůy ramiona jak anioů; jeszcze raz zagra koúă - szatan w miasto powróci – szepnŕů zwiastun i we únie przystanŕů. Z dymu bćdzie dom twój i sen, a z půomienia wiecznoúă zupeůna i opowieúă inna - lecz wiedz, ýe muzyka w niej nagůa gra... Nie anielskie to pienia. Tak opowieúă ta sić zaczyna: Czy znasz ten kraj... X Ryby na rzekach z fioletu wypůywajŕ brzuchami do góry, ostatni kanarek staruszki wydaů úmiertelne westchnienie, ýóůto byůo od úpiewu jego, teraz leýy - sztywne ma pióra – wićc sić módlmy: wybaw od zůego. Marszczy sić skóra globu, lasami zapada i pćka, půacze serdecznie kamień, gwiazda sić traci na wietrze: czarne sůońce zmalaůo do ksztaůtu serca czůowieka wićc sić módlmy: daj zmiůowanie, oddal zapowiedę zůowieszczŕ. Stanćůy w martwym powietrzu gůosy psalmistów letnich, biskup w ýaůobnej kapie kropidůem widma gasi; skrzypiŕ haki szubienic, zaraz salwa w ciaůo zapadnie – wićc sić módlmy: zeúlij nam ůaskć. Przymknićte sŕ oczy poýarów, lasy sŕ drýŕce jak rzćsy, krew juý straszy na drogach, ýadne stopy jej úladów nie otrŕ – kwiaty zwćglone - i koúci zwierzŕt ůŕkowych i leúnych, wićc sić módlmy: od lćku nadmiaru i szatana czuůego nas ochroń. A domy ůamiŕ sić lekko i znaki ciŕgnŕ po niebie: wciŕý na wieýach ludzie w wieczór ýaůosnymi jćzykami czytajŕ gwiazdy, a gniew pali im wůosy w nieůadzie, bo powietrze gorŕce od przeczuă tuli sić maůe do pićt. Rwie sić niebieski bulgot, a przecieý w wirze karuzel szatan juý ogień dojrzaů, ůzy mu z policzków pociekůy – a sŕ to farby ýaůobne, rozůoýone w skrzydůach motyli w czarnych skrzydůach albo niebieskich. Pada úmiertelny deszcz z gromnic wysokich, idzie ciemnŕ nizinŕ úpiewanie, úlizga sić most, toczy sić szept i zmćczone pracujŕ tůoki po lesie, po wodzie, po ůanie - Nachyl twarzŕ sić ku ziemi, tam usůyszysz, tam odnajdziesz. Úlepnŕ Ęrenice ludzi pod cićciem puchowej lotki – nie gaůŕzka oliwna z nieba úcićtego mrozem, lecz podůuýny opada jak kropla spod paznokcia szatana - nietoperz. Skůćbiona puchnie darń, wićc sić módlmy o sůoneczny promyk, bo wciŕý noce wtulone w ogromne skrzydůa – odpůywajŕ od rŕk czůowieka, a za nimi - czy znasz? Ten kraj. --